Czuję, że coś szarpie za materiał mojego kołnierza. Robi to z wielką siłą. Szamocze moim bezwładnym ciałem, budując coraz to gorsze uczucia. Mam ochotę się tego pozbyć, równie mocno pragnę wyrwać tę dłoń, która teraz zaciska już moje gardło. Tracę kontrolę, nie stoję za żadnym słowem, którym rzucam w twarz innym, ani za każdym gestem, jaki wykonuje. Wszystko robię głośno, tak by tylko okazać to, co czuję wewnątrz. To coś, co mnie kontroluje to złość.

Musimy jednak pozwolić jej wypłynąć na wierzch, zaakceptujmy to, że ona istnieje, zamiast tłumić ją w środku. Ona też jest potrzebna, a czasem nieunikniona. W małej postaci, w dozwolonych ilościach, to tak naprawdę naturalne uczucie, które jest mało szkodliwe i nie powinniśmy się jej obawiać.

Dopiero gdy przejmuje ona nad nami władzę, staje się naprawdę niebezpieczna. Wtedy, prawdziwa jej twarz pokazuje, że jest ona podstępna, wie, jak łatwo może człowiekiem zawładnąć, a ten często jej na to pozwala. Gdy jesteśmy wściekli, to ona przejmuje stery. Manewruje nami jak statkiem, robi to jednak nie dla naszego dobra, co rusz pragnęłaby natrafić na skały i góry. Sieje zniszczenie i popłoch. Nie ma w niej ni krzty zrozumienia czy empatii. Jest nieczuła, lodowata i jedyne, czego chce to właśnie kontrola. Zyskując ją, sprawia, że ranimy ludzi, niszczymy relacje, tak naprawdę tego nie chcąc. To ona tego chce, nie my. Dlatego żadna decyzja podjęta pod jej kontrolą, najpewniej żaden czyn ani żadne słowo, jakie z siebie wydajemy, nie będzie dobre i nic też miłego nie uczyni. Będzie ono raczej pełniło rolę toporu rzucanego w czyjąś stronę, aniżeli odpowiednią decyzją. I dlatego tak ważne jest, byśmy to my sprawowali kontrolę, nie nasze emocje, a na pewno nie złość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*